czwartek, 29 czerwca 2017

Wiesiołek

Chyba umiera, ale nie jest pewna. Ciało ją boli, czuje, jak pod skórą wszystko chce rosnąć, wszystko piecze, wszystko chce się wydostać. Nie może tego zatrzymać, drapie coraz mocniej, powodując czerwone smugi, rozdrapując zaschnięte strupy. Wymiotuje, niszcząc czarne rajstopy, upada na kolana, gdy z jej ust wydostaje się flegma, zamyka oczy, czując, jak jej żołądek prawie w całości ląduje na chodniku. Jest ubrana w czarne rajstopy, teraz pokryte wydzielinami oraz krwią, i w sukienkę oczywiście nieodpowiednią do tej pogody. Zamyka oczy i w głowie przelicza, ile właśnie zarobiła. Jej dłonie są drobne z paznokciami obgryzionymi aż do krwi. Krzywe, prawie połamane palce kurczowo trzymają banknoty. Dobrze, że twarz jest ładna, twarz zawsze musi być ładna, bo jak inaczej ich omamić? Jak inaczej przyciągnąć ich grube, spocone i ociężałe ciała? Jak sprawić by to jej pozwolili na zarobienie kilku groszy? Poczuła, jak ostatnie płatki śniegu, zaczęły spadać z nieba. Osiadły na jej ramionach i razem z deszczem jeszcze bardziej zamazały drogi, którymi miała wrócić do domu. Sprawiały, że drobna kobieta z rudymi, lekko kręconymi włosami musiała schylać głowę. Dzięki temu nie musiała spoglądać w oczy tym niektórym paniom w szarawych płaszczach i w niepowyciąganych koszulach oraz dziewczynkom z pięknie zaplecionymi włosami i z uśmiechem na ustach, oczywiście, gdyby takie tędy przechodziły. Deszcz jeszcze bardziej się nasilał, a ona czuła, że mogłaby upaść przygnieciona tym, co właśnie spada z nieba. Mogłaby zginąć na miejscu i nikt by się nie przejął. Jej chude ciało zaczęłoby się rozkładać, właśnie tutaj, na środku jednej z ulic. Zaczęłoby cuchnąć, gnić, robaki zaczęłyby skubać pożywną tkankę, głodne i rozwścieczone psy miałyby możliwość, aby rozszarpać pozostałe mięśnie, wylizać kości, rozczłonkować i pozbawić narządów wewnętrznych. Serce pewnie byłoby najpyszniejsze. Wszyscy zawsze mówili, że ma wielkie serce, że kocha wszystkich, tylko nie tak, jak trzeba. Kocha przecież tych wszystkich panów, którzy zbyt mocno ściskają jej piersi, którzy pozostawiają ją brudną, samotną. Za to kochanie często jej ciało zbiera różnego rodzaju blizny. Niektóre małe, jak za muśnięciem skrzydeł motyla. Inne natomiast wielkie, najczęściej powstałe, gdy matka przyłapywała ją na rozdawaniu jakże przeogromnej miłości. Może tylko Adam przyszedłby później pozbierać resztki swojej młodszej siostry Katarzyny. Spróbowałby pewnie sprzedać podarte rajstopy i strzępki sukienki, nie mówiąc skąd ma to, co znalazł. Otrzepując mokre ramiona, ruszyła przed siebie, starając się poprawić powyciągany strój. Kamienica, w której mieszka wraz z matką oraz bratem była na obrzeżach miasta. Za każdym razem, gdy podchodziła do budynku, miała wrażenie, że ten zawali się, gdy tylko przekroczy jego próg. Wszystkie odrywające się elementy spadną, całość rozwali się w drobny mak. Na klatce zawsze śmierdziało, nie pomagały próby postawienia kilku ładnych, podobno pięknie pachnących kwiatów. Wszystko zawsze umierało. Chyba już w pierwszy dzień liście odmawiały posłuszeństwa, a płatki nie chciały się otworzyć. Jakby natura już wcześniej wiedziała, że tutaj na Piotrowskiej tylko się umiera. Tak jak na przykład pan Zbyszek spod piątki. Ostatnio to on sprawił, że cała kamienica pachniała zgnilizną i moczem. Jego żona wyjechała dwa miesiące temu. Podobno za pracą, lecz wszyscy wiedzieli, że zaciążyła z kimś innym, z kimś, kto miał więcej pieniędzy i śmierdział wódką tylko w niedziele, a nie w dzień powszedni. Pani Marysia wyjechała, więc, pozostawiając dwupokojowe mieszkanie z odchodzącą tapetą i grzybem w łazience, a także męża, który nie mógł sobie poradzić z przytłaczającą go rzeczywistością. Głównie z brakiem kogoś, kogo mógłby zarazić swoją rozpaczą, kogoś, kogo mógłby przycisnąć do podłogi swoim złym nastrojem, przydusić zbyt mocnym charakterem, złością na świat, a przede wszystkim zapachem taniego alkoholu. Kilka razy w ciągu nocy w przykrótkim podkoszulku i spodniach opinających jego duży brzuch wychodził ze swojej pieczary w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby wypełnić jego jednowymiarowy świat. Głównie wykrzykiwał, że ludzie to kurwy lub bełkotał, co ślina przyniosła mu na język, a pod koniec swojego występu wyrzucał pustą butelkę przez okno. Kasia czuła się dość niepewnie, gdy pewnej nocy nie musiała się obok niego przeciskać, każde odejście od wypracowanej normy, nawet tak obślizgłej powoduje w człowieku nieznaczny niepokój oraz podenerwowanie. Po pięciu takich dniach, gdy smrodu nie dało się wytrzymać, choć wszystkie okna, w których szyby, jako tako jeszcze się trzymały, zostały otwarte ktoś wezwał karetkę. To było wielkie wydarzenie. Wszyscy wyszli ze swoich małych klitek, żeby uczestniczyć w przedstawieniu. Oczywiście nie po to, aby pożegnać lokatora kamienicy, z której ostatnio pospadały kolejne dachówki. Do mieszkania Zbyszka wbiegła trójka dorosłych mężczyzn, gdy w karetce dopiero potwierdzano zgon. Adam wbijając swój łokieć w jakieś inne ciało, wtoczył się do środka jako pierwszy. Wewnątrz nie było zbyt wiele, kuchnia zapełniona została naczyniami, z których wylewała się zgnilizna, kubki w zlewie okraszone pleśnią wołały o litość. Ze ścian, tak jak wcześniej odrywała się tapeta w różowe lilie. Salon, czyli miejsce, w którym znaleziono denata, miał zostać odgrodzony od oczu hien cmentarnych, lecz to się nie udało. Skupiają się na możliwości znalezienia lśniących skarbów hieny cmentarne podniosły się, zaczęły pędzić z zachłannością, wyciągniętym językiem. W środku pomieszczenia kurz, tak jak niebezpieczny bluszcz pokrył większość powierzchni, próbując odpędzić nieproszonych gości, chciał zniechęcić przepocone, tłuste palce od dotknięcia personalnych skarbów. Słońce niepewnie przenikało przez potargane zasłony, niektóre promienie pozostawały chwilę dłużej na twarzach niepożądanych nieznajomych, jakby chcąc wypchnąć te niepasujące tutaj ciała. Adama nie powstrzymało ani słońce, ani kurz, czy nieznajomość układu mieszkania. Chciał na początku wynieść łóżko, lecz sprężyny były w jeszcze gorszym stanie niż to, na którym ostatnio musiał spać. Udało mu się odnaleźć kilkanaście koszul, które były w dobrym stanie, szkatułkę, za którą mógł coś dostać, oraz kilka nieodpakowanych jeszcze paczek papierosów. Z niemałym wysiłkiem wytargał z mieszkania tapczan, który miał posłużyć matce, narzekającej na twarde krzesła i ból stawów. Chyba z pół godziny układał się do wtoczenia brązowego mebla, ale gdy już mu się udało, to zadowolony opadł na przybrudzone obicie nowego przedmiotu. Mieszkanie Wróblewskich również nie należało do największych, lecz z pewnością było w lepszym stanie. Dbała o to matka dwójki niezgodnego rodzeństwa Agnieszka Wróblewska. Wcześniej pracowała jako szwaczka, teraz nieporadnie przesuwała się z kąta w kąt w swoim mieszkaniu. Narzekała na ból pleców, jednocześnie pedantycznie czyszcząc każdy kąt swojego lokum. Może teraz częściej nadzorując, krytykując swoją córkę. Dość często wstawała wraz z pierwszymi promieniami słońca, ubierała swój przydługi niebieskawy szlafrok, przechadzała się korytarzem, budząc dzieci swoim suchym kaszlem. Siadała na tronie, czyli niewygodnym fotelu w salonie, teraz tapczanie po Zbyszku. Czekała aż jedno z jej pociech zrobi kawę oraz przyrządzi śniadanie, wiedząc, że ona przez stan swoich pleców nie może się przemęczać. Właśnie przez te bóle karze Kasi sprzątać całe mieszkanie, najczęściej wytyka przy tym jej błędy i wskazuje wszystkie miejsca, które należy ponownie przetrzeć. Później zazwyczaj siada przy oknie, komentując rzeczywistość, która dzieje się na zewnątrz. Mamrocze pod nosem, że świat zaraz się skończy, że ona w wieku swoich dzieci miała porządny zawód oraz porządnego męża. Podkrada Adamowi papierosy, wypytując się, kiedy, to on znajdzie sobie porządny zawód i założy rodzinę. Kasię wypuszcza z listą sprawunków, upominając żeby z nikim nie rozmawiała, bo ona w swoim wieku nie będzie wychowywać jakiegoś bękarta, więc niech lepiej uważa. Adam zazwyczaj potrafi udobruchać ich matkę, przynosi jej dobre papierosy, czekoladki, czy po prostu przygotowuje taką kawę, jaka powinna być. To nic, że po kryjomu sprzedaje rodzinne pamiątki, biżuterię rozdrażnionej brunetki, w dodatku za połowę ich ceny. Nikt nie wie, komu, co jest dłużny i czy kiedyś po prostu już nie wróci, zabity przez tych, z którymi kiedyś ubijał interesy. Agnieszka nie martwi się ich sytuacją, tym, że coraz częściej odwiedzają ich ludzie, którzy czekają na spłatę tego czy tamtego. Krzyczy, że mają się wynosić, bo depczą i brudzą dywan, który leży tutaj jeszcze od czasu jej świętej pamięci matki, oraz że jeśli chcą, żeby się stąd wyniosła, to albo wywloką ją siłą albo wyniosą ją w worku. Ma zamiar umrzeć dopiero, gdy osiągnie wiek starczy, czyli dopiero po dziewięćdziesiątce. Nie ma oczywiście pojęcia, że większość tych panów Kasia stara się przekupić. W kilka tych mroźnych wieczorów otwiera dla nich swe wdzięki, staje się tym, kim matka przezywa ją w ciągu dnia, zabawia uśmiecha i sprawia, że nikt nie nachodzi ich nazajutrz, chcąc zabrać wyliniały dywan, czy grożąc eksmisją. Cicha kobieta nie zawsze sprzedawała wdzięki swojego ciała za marne grosze. Kiedyś chciała być artystką, marzyła, by móc ubierać się w piękne suknie i tańczyć na wielkiej scenie z uniesionym podbródkiem i uśmiechem na ustach. Chciała żyć w otoczeniu muzyki oraz wielkich, pięknych, kolorowych kwiatów. Kiedy jeszcze jej mama pracowała, szyjąc stroje i ciesząc się życiem, kiedy jeszcze mieszkał z nimi ojciec, kiedy jeszcze mieszkanie bardzo często wypełnione było zapachem ciasta, a Adam szukał uczciwej pracy, jej plany mogły się ziścić. Niestety szybko sytuacja zmieniła się diametralnie, jej plan został sprowadzony do dziecinnego marzenia, z którego, co jakiś czas wyśmiewał się jeden z członków rodziny. Kasia nie zbyt dokładnie pamięta, dlaczego ojciec od nich odszedł. Mama nie chce o tym mówić. Po prostu któregoś dnia jaskółki przestały śpiewać, w domu czuć było zapach potu i przypalonych potraw zamiast zapachu puszystych wypieków, a kwiatki na parapecie w sypialni powoli umarły, nie dało się ich odratować. Tak jakby uzależnione były od miłości, której nagle zabrakło. Pamięta tylko, że pewnego razu, kilka tygodni po tym jak ojciec nagle zniknął, ktoś gwałtownie zapukał do ich drzwi. Otworzyła matka, a do środka weszła jakaś kobieta, szukając Mariana, wcześniejszej głowy rodziny Wróblewskich. Obie kobiety krzyczały, nie wiedząc, że są obserwowane przez cichą córkę bawiącą się niedaleko. Kobieta z widocznym brzuchem zaczęła się odgrażać, gwałtownie wymachiwać rękami. Niebezpiecznie zmniejszyła dystans między nią, a Agnieszką, która po kilku wymienionych zdaniach dała nieznajomej sporą sumę pieniędzy. Po tym wydarzeniu kobieta wróciła tylko raz, o północy z dzieckiem na mocno trzęsących się rękach. Wyglądała okropnie, jej brudne paznokcie wbijały się w ramiona zbyt mocno kołysanego, krzyczącego dziecka. Jej ciało było mocno wychudzone, trzęsło się w rytm długich ramion oraz brudnych rąk. Nieumyte włosy zasłaniały oczy, które pewnie wyrażały niepokój. Agnieszka wpuściła ją do środka, choć w pierwszym odruchu chciała kazać jej się wynosić. Zrobiła nawet kawę, później narzekając, że dziecko drze się wniebogłosy. Sama po chwili wykrzykując, że nie będzie zastępczą matką, że nie wie gdzie jest ten tchórz, ten skurwiel Marian. Przewinęło się kilka okrzyków, stół się zatrząsł, a dziecko, cóż, a dziecko przestało robić dodatkowy hałas. Zbyt mocno przyciśnięte, zbyt mocno poruszone, pozbawione bez powietrza tylko na kilka minut nie oddychało. Nikt już spokojnie nie odetchnął tamtego wieczoru. Przez krótką chwilę żadna z nich nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Nigdy wcześniej stara kamienica nie doświadczyła takiej ciszy. Kiedy kobiety zorientowały się, co właśnie się stało pochłonęła ich rozpacz, a może ulga. Ulga przyszła wcześniej, przynajmniej w przypadku nieznajomej, która po kilku pociągnięciach nosem odetchnęła tak głęboko, jakby ktoś właśnie zwrócił jej skrzydła. Jakby właśnie znowu mogła latać w narkotykowych haju, nie przejmując się małym stworem, na którego wcześniej musiała przeznaczać pieniądze. Zebrała się tak szybko, że przewróciła kubek z jeszcze ciepłą kawą, a także Zbyszka, który jeszcze wtedy kręcił się na korytarzu. Biegła, przeskakując kilkanaście stopni na raz. Nie mając w sobie za grosz odwagi, aby spojrzeć wstecz na swojego aniołka, który na kilka miesięcy odebrał jej te piękne, puszyste, ale jednak narkotykowe skrzydełka. Agnieszka nie potrafiąc odprawić porządnego obrządku, a także bojąc się wezwać policje zakopała dziecko obok topól. Nie podejrzewała, że tamto miejsce stanie się miejscem później zarośniętym przez chwasty, obsikanym przez bezpańskie koty oraz bezpańskich alkoholików. Brunetka odgarniając swoje loki z pomarszczonego czoła, usłyszała o kobiecie po raz trzeci, dopiero z lokalnych gazet. Znaleziono ją martwą na jednej z ławek w osiedlowym parku, podobno złoty strzał pozbawił ją resztek parszywego życia. Tamtego dnia w nocy, kiedy wszyscy już spali Agnieszka odpaliła papierosa, po raz ostatni piekąc ulubione ciasto swojego męża, wiedząc, że ten nigdy już nie wróci.

Nocą dzieją się tutaj różne rzeczy. Adam wraca z zakrwawionymi knykciami, osłabionym ciałem. Kasia idzie sprzedawać siebie, wiedząc, że inaczej nie starczy im pieniędzy na chleb. Agnieszka przymyka oczy i zapala papierosa, stara się zagłuszyć dziecięce krzyki, które co chwilę grają w jej głowie, nie pozwalając spać. W nocy dzieje się wszystko, lecz rankiem powraca się do normalności. Do udawania, że życie jest cudowne i nie ma z nim najmniejszych problemów.